Transformacja. Czy zmiana wewnętrzna może nastąpić w jednym momencie?

Zwykło się uważać, że proces wewnętrznej zmiany wymaga czasu i pracy nad sobą. Aby zmienić swoje zachowanie, nawyki czy stanowisko w jakiejś sprawie, zwykle uzbrajamy się w cały szereg technik i sposobów, mających nas przybliżyć do wymarzonego stanu docelowego.

Teraz jednak doświadczyłam czegoś zupełnie innego! Pierwszy raz w tak wyrazisty sposób doświadczyłam wewnętrznej zmiany która zaszła szybko, trwale, radośnie i na dokładkę w ogóle bez wysiłku – tak „na pstryk”. Stało się i już.

Piszę o tym, aby to zdarzenie udokumentować i utrwalić przede wszystkim dla siebie – a może także dla innych osób – na przyszłość.

Konflikt z Koleżanką, która boleśnie „nastąpiła mi na odcisk” spowodował, że umówiłyśmy się na wyjaśniającą rozmowę. Przygotowałam się do niej dość zasadniczo: miałam sformułowane asertywne stanowisko, uświadomione własne emocje, w pogotowiu cytaty z naszej wymiany maili i smsów. Byłam gotowa metodycznie zmierzać do rezultatu win-win naszego spotkania, przewidując pewien wysiłek i mozolność tego procesu.

Kiedy zobaczyłam Ją w okienku Zoom’a jakiś impuls, intuicyjna reakcja spowodowała, że zanim się odezwałam, ustanowiłam między nami obiema „połączenie”.  Po prostu wyraziłam w duchu taką intencję i pozwoliłam sobie odczuć „połączenie”  między nami – na całkiem abstrakcyjnym i wyobrażonym poziomie – czymś w rodzaju połączenia energetycznego, mentalnego, emocjonalnego czy jakiekolwiek innego. U mnie to był krótki przebłysk świadomości, coś jakby iskra, która przeskoczyła między nami, pomimo tego, że dzieliło nas fizycznie 300 km.

Ten przebłysk świadomości spowodował u mnie diametralną zmianę. Jakby olśnienie. W jednej chwili zobaczyłam nasz konflikt z zupełnie innej perspektywy, przy czym była ona (ta perspektywa) tak fajna, że aż się uśmiechnęłam. Jak w kalejdoskopie, rozleciał się w mojej głowie dotychczasowy obraz napiętej sytuacji,  a z tych kawałków w tym samym momencie ułożył się obraz diametralnie inny. Dodam, że radośniejszy, lżejszy, weselszy. Jednocześnie tak samo z siebie, wydarło się ze mnie westchnienie ulgi. To co odczuło moje ciało, to była ULGA!

Można powiedzieć, że dalej wszystko ułożyło się wg najlepszego scenariusza i to bez żadnego wysiłku (przynajmniej z mojej strony).  Proces dogadania się poszedł lekko i bez rozdrapywania ran. Przeszłyśmy od razu do rozmowy o sprawach istotnych, czyli mówiąc językiem coachingowym – do rozmowy o tym co nas łączy, a nie o tym, co dzieli.  Rozmowa, która trwała godzinę,  pozwoliła mi zrozumieć tę osobę znacznie lepiej i głębiej niż ostatnie 6 lat naszej znajomości.

Kiedy  już ochłonęłam po tym naprawdę silnym i zaskakującym doświadczeniu, przyszła chwila na refleksję: co tu się właściwie wydarzyło?

Wydarzyła się rzecz opisana przez Alana Seale w jego świetnej książce „Transformująca Obecność”. Opuszczając poziom wzajemnych animozji, argumentów czy oskarżeń (zwany przez autora poziomem Dramatu) przeniosłyśmy się z Koleżanką na poziom Transformacyjny, co oznacza, że mając ustanowione dobre intencje, dałyśmy sytuacji przyzwolenie na to, żeby rozegrała się w najlepszy z możliwych sposobów. I sytuacja tak właśnie się potoczyła, scenariusz napisał się niejako samoistnie, przerastając absolutnie moje oczekiwania.

Tak, wiem. Dla lewej półkuli mózgowej to jest ciężka próba –  zrozumienie tego, co tu opisuję. Racjonalna część większości z nas najchętniej uznałaby to wydarzenie za przypadek lub chwilowy stan odklejenia od rzeczywistości, po przeminięciu którego sytuacja wróci do mniej lub bardziej przewidywalnej normy. Wiadomo, że  w lewopółkulowym świecie jest miejsce na to, co przemyślane, udokumentowane, uzasadnione. Nic wartościowego się nie dzieje samo, a już na pewno nie w „chwili olśnienia”.

A jednak zmiana, która we mnie zaszła nie nastąpiła na skutek zrozumienia czegokolwiek. Nie był to także chwilowy zryw emocjonalny. Zaszedł we mnie głęboki i trwały proces, którego rezultat czuję w swoich emocjach i dostrzegam w swoim sposobie myślenia. Ten krótki moment poczucia „połączenia” i towarzyszący mu nagły przebłysk świadomości w trwały sposób skasował we mnie dotychczasowy sposób postrzegania tej relacji, a także zakotwiczył we mnie nowe emocje –  takie, o które jeszcze dzień wcześniej bym się nie posądzała.

W namacalny sposób doświadczyłam tego, czego uczyłam się na kursie w HeartMath Instytut: że  odczuty „stan połączenia” z jakimkolwiek obiektem materialnym lub niematerialnym  – człowiekiem, rzeczą czy ideą –  w jednej chwili przekształca naszą relacją z tym obiektem na bardziej konstruktywną, przyjazną, otwartą, lekką. Wprowadza luz w naszym ciele i umyśle, daje przestrzeń do tego, aby ujawniły się inne znaczenia dotychczasowych doświadczeń.

Kluczem jest tu odczucie tego stanu, a nie myślenie ani mówienie o nim – o czym z wielką satysfakcją informuję swoją (i nie tylko swoją) lewą półkulę mózgową.

Skomentuj